Thor & Bats

Leczenie i rehabilitacja

Nietoperze, podobnie jak inne zwierzęta, chorują i ulegają wypadkom. Często przydarzają im się złamania, rany ciała i błony lotnej oraz infekcje. Bywają zamykane w różnych pomieszczeniach bez możliwości wydostania się z nich. Przyczynia się to do odwodnienia i znacznego wychudzenia. Co należy zrobić, kiedy znajdziemy nietoperza potrzebującego pomocy? Koniecznie trzeba znaleźć specjalistę. Nie każdy ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt i nie każdy lekarz weterynarii będą potrafili udzielić odpowiedniej pomocy. Specjalistów chiropterologów możemy szukać w PTOP „Salamandra” oraz w OTON (Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Nietoperzy). Wystarczy zadzwonić na numery telefonów ze stron internetowych tych organizacji. Tam otrzymamy wszystkie instrukcje, jak zabezpieczyć ranne lub chore zwierzę, pamiętając o własnym bezpieczeństwie, oraz pomoc w znalezieniu miejsca, do którego można przetransportować nietoperza. Dużo przydatnych informacji znajdziesz w sekcji: Często zadawane pytania.

A jak to jest, kiedy nietoperz trafia do domu chiropterologa? Zaczynamy od badań weterynaryjnych. Potem nasi podopieczni wracają z nami do domu, gdzie mają przygotowane odpowiednie miejsca (faunaboksy lub materiałowe kojce). Uczymy je jeść owady karmowe, podajemy wodę i leki – zawsze w rękawiczkach ochronnych. Na początku są zdezorientowane, czasem przestraszone, a nawet złe, że znalazły się w takim dziwnym miejscu. Potem powoli się przyzwyczajają. Kiedy przychodzi godzina karmienia, wychodzą ze swoich kryjówek i czekają cierpliwie na swoją kolej lub głośno nawołują. Niektóre uwielbiają głaskanie i po karmieniu czy rehabilitacji same wtulają się w dłoń. Te, które są z nami dłużej, próbują schować się w naszych rękawach lub za dekoltem. Swoich opiekunów rozpoznają nie tylko po zapachu i głosie, ale także po sposobie chodzenia. Ich zachowania różnią się w zależności od gatunku. Poza tym każdy osobnik ma zupełnie inne upodobania. Zdarza się, że pod opieką jednego opiekuna jest kilka nietoperzy jednego gatunku, ale zachowują się one na tyle różnie, że opiekun rozpoznaje je bezbłędnie po zachowaniu.

W okresie zimowym zdrowe nietoperze są hibernowane. Zazwyczaj są one wkładane do lodówki w małych faunaboksach z dostępem do wody. Co kilka tygodni wyciągamy je z lodówki i sprawdzamy masę ciała, żeby nie dopuścić do zbyt dużej utraty wagi. Przez kilka dni dokarmiamy i wkładamy z powrotem do lodówki. Potem przychodzi ten dzień. Najpiękniejszy i jeden z najtrudniejszych w opiece nad nietoperzami. Zdrowe i odkarmione nietoperze wypuszczamy na wolność. Zawsze, o ile jest to możliwe, w miejscu ich znalezienia. Wtedy szybko orientują się, gdzie znajdują się ich kryjówki i żerowiska. Czasem odlatują dość szybko, ale częściej ociągają się z powrotem do natury. W domu człowieka były bezpieczne. Miały czystą wodę i nigdy nie brakowało im pożywienia. Zdarza się, że z wyciągniętej dłoni chowają się do rękawa, odmawiając powrotu do natury. Wtedy cierpliwie czekamy – może jutro, może za tydzień będą gotowe. Wielokrotnie doświadczamy, jak nasz podopieczny, który wreszcie podejmuje trud życia na wolności, po opuszczeniu swojego opiekuna robi jeszcze kilka kółek nad jego głową. Jakby chciał się pożegnać.

Opowieści o naszych pacjentach

Kiedy Matylda do nas trafiła, była skrajnie wychudzona i odwodniona. Listopad to czas, kiedy zdrowy nietoperz tego gatunku powinien ważyć od 27 do 32 g – ona ważyła znacznie mniej. Specjaliści nie dawali dużych szans na przeżycie. Była bardzo słaba. Nie potrafiła też sama pić ani jeść.

Przełom nastąpił po 5 dniach intensywnego leczenia i karmienia. Nasza samiczka poczuła się lepiej i zaczęła samodzielnie przyjmować pokarm. Po tygodniu czuła się u nas na tyle bezpiecznie, że chętnie chowała się w dłoni opiekuna i zaczęła okazywać tzw. zachowania komfortowe: czyściła futerko, ziewała i uroczo się przeciągała. Po 10 dniach od interwencji jej waga wróciła do normy i wynosiła 30 g. Po dwóch tygodniach od znalezienia pacjentka była już gotowa na rozpoczęcie rehabilitacji ruchowej.

Ćwiczenia szły opornie. Nietoperze są bardzo „dorosłe” i samodzielne. Nie lubią, kiedy ktoś próbuje decydować za nich, kiedy i co mają robić. Jedno było pewne. Matylda wróciła do formy i kiedy udało się nam namówić ją na latanie, robiła to bez oznak wysiłku czy bólu.

Po pewnym czasie coś zaczęło się zmieniać. Brzuch stawał się coraz większy i twardszy, a namowy na latanie były coraz mniej skuteczne. Przystąpiliśmy do badania pacjentki. 18 lutego podczas badania palpacyjnego (czyli macania) brzucha oraz wyglądu sutków potwierdziło się to, czego już zaczęliśmy się spodziewać – nasza Matylda była w ciąży. Poród nastąpił 29 lutego w trakcie dnia. Ponieważ ciąża u borowca wielkiego trwa zazwyczaj od 70 do 73 dni, udało nam się obliczyć, że do zapłodnienia doszło w okolicach 20 grudnia.

Urodziła się Marcelina, o której przeczytasz poniżej (przypadek 2).

Od kwietnia rozpoczęliśmy intensywne treningi ruchowe, aby wzmocnić mięśnie ramion i klatki piersiowej. Opłaciło się. 6 czerwca 2016 roku, po odzyskaniu całkowitej sprawności, Matylda została wypuszczona (razem z córką) na wolność w miejscu, gdzie regularnie żerują inne borowce wielkie.

„Tego dnia”, kiedy zajrzałam do faunaboksu, w którym przebywała ciężarna Matylda, nie zauważyłam nic specjalnego. Dopiero po chwili mój wzrok przyciągnął jeden szczegół. Spod skrzydeł samicy wystawała dodatkowa para łapek 😊.

Jak już wiecie, Marcelinka urodziła się 29 lutego 2016 roku. Jak każdy nietoperz, przyszła na świat ślepa i łysa. Najczęściej spędzała czas wczepiona swoim małym pyszczkiem w sutek mamy.

Kiedy karmiłam Matyldę, jej córka schowana była pod jednym ze skrzydeł. Mama często zasypiała z głową przytuloną do córki. Po 4 dniach mała otworzyła oczy. Sierść zaczęła wyrastać po 7 dniach, co sprawiło, że różowa skóra noworodka przybrała ciemnoszary kolor. W tym samym czasie pojawiły się u mamy dziwne drgawki. Szukałam informacji u weterynarzy i bardziej doświadczonych chiropterologów, ale nikt nie potrafił mi wyjaśnić, co się dzieje z Matyldą.

Spędzałam długie godziny na obserwacji i po jakimś czasie zauważyłam pewną prawidłowość. Matylda miała narastające drgawki tak długo, aż młoda puściła sutek. Wtedy uwolniona mama uciekała od córki (bardzo często pod moją dłoń). Zaraz po uwolnieniu się drgawki ustawały 😊. Wygląda na to, że był to dobry sposób na chwilę wytchnienia.

Mama odpoczywała, a córka rosła, zachwycając swoją urodą i osobowością.

W wieku 4 tygodni Marcelinka osiągnęła rozmiary dorosłego osobnika. Opiekuńcza mama karmiła córkę wyłącznie mlekiem przez 4 tygodnie. Po tym czasie zaczęliśmy młodej podawać pierwsze owady. Zmieniało się ciało Marceliny, podobnie jak jej zachowanie. Z małego, słodkiego i niewinnego nietoperza zmieniła się w głośnego, zadziornego, nietoperzowego „nastolatka”. Potrafiła podbiec i ugryźć mnie w palec albo matkę w pupę. Obie (ja i Matylda) starałyśmy się być cierpliwe. Musiała nauczyć się radzić sobie w życiu.

W tym czasie podejmowaliśmy próby nauki latania. Marcelinka kompletnie nie współpracowała. Dzięki pomysłowości młodych studentów znaleźliśmy na nią sposób. W celu zrealizowania planu pojechaliśmy na uczelnię i w wybranym miejscu (w zamykanym korytarzu) po zabezpieczeniu wszelkich otworów rozpoczęliśmy naukę. W pierwszym etapie Marcelinka siedziała na moim swetrze, a mama latała wzdłuż korytarza. Kiedy przelatywała obok, muskała skrzydłem córkę, jakby chciała jej pokazać, jak to się robi. Kiedy to nie przyniosło rezultatu, przystąpiliśmy do planu awaryjnego. Jedna osoba trzymała duży i śliski plakat, na którym została położona nasza oporna uczennica. Dwie osoby trzymały koc poniżej plakatu, tak, żeby w razie upadku młoda samica nie zrobiła sobie krzywdy. Powolne zsuwanie jej z plakatu przyniosło upragniony efekt. To był pierwszy długi lot Marceliny, a potem następny i następny…

I przyszedł ten dzień. Najszczęśliwszy i jednocześnie najsmutniejszy w całej naszej znajomości. 6 czerwca 2016 roku wróciła na wolność razem ze swoją matką.

Stefana znaleźli studenci. Przez kilka dni (podobno aż osiem) wisiał w zamkniętym pomieszczeniu w budynku biurowym. Dopiero po tym czasie podjęto interwencję. Nic dziwnego, że był skrajnie odwodniony i wychudzony – ważył zdecydowanie za mało jak na swój gatunek (prawidłowa masa ciała to 10–15 g). Na szczęście poza tym był cały i zdrowy. Pod moją opieką przebywał przez 10 dni.

Największym wyzwaniem w jego przypadku okazało się nauczenie go jedzenia larw owadów. Nie jest to typowy pokarm dla tego gatunku, a dodatkowo nietoperze łapią i zjadają swoje zdobycze w locie. Stefan w trakcie karmienia zabawnie wyginał się do przodu, trzymając larwę w pyszczku. W naturze nietoperze po namierzeniu owada często wrzucają go sobie do pyszczka za pomocą błony ogonowej lub skrzydeł, robiąc przy tym widowiskowe piruety. Prawdopodobnie dlatego Stefan wykonywał swoje dziwne skłony.

Kiedy nauka w końcu przyniosła rezultaty i samiec zaczął jeść samodzielnie z miseczki, jego apetyt okazał się naprawdę imponujący. Gdy waga pacjenta wzrosła do bezpiecznych 13,4 g, a temperatura na zewnątrz stała się odpowiednia, przyszedł czas na powrót do natury. Stefan został wypuszczony 1 października 2016 roku w pobliżu miejsca, w którym go znaleziono.